sobota, 16 kwietnia 2011

Na dachu świata? i nie chodzi o Czomolungmę

początkowo miałam zamiar nadać tej notce tytuł "Drugie miasto". jednak patrząc na wybrane do niej zdjęcia naturalnie nasunęło mi się to prawie dosłowne porównanie.. bo właściwie mam zamiar pisać o dachach Azji, jaką odwiedziłam, a także w przenośni napisać o przestrzeni drugiego miasta, które ma szansę na zaistnienie w tamtych rejonach. jednocześnie mam tę satysfakcję, że używam w innym kontekście już oklepanego określenia na najwyższy szczyt Ziemi. ;) dziś będzie prozaicznie ale i z jeszcze innego punktu widzenia, jakiego jeszcze nie prezentowałam na tym blogu. popatrzmy na miasto azjatyckie z góry.
mogłabym zacząć sucho: kształty dachów w Indiach i Azji Południowo-Wschodniej bywają różne w zależności od warunków meteorologicznych i stylu budownictwa zastosowanego przez twórcę. w cieplejszych regionach.....

lecz zacznę na mokro ;) otóż bliżej tropików bardziej ucieka z ciebie woda i chce się pić. tęsknisz też za chociaż lekką bryzą (a jak wiadomo im bliżej równika tym mniej wiatr sobie hula). pragniesz odpocząć pomiędzy jednym a drugim pięknym miejscem i najchętniej napił/a/byś się mango lassi albo wody z limonką. mam dobrą wiadomość! nie musisz kisić się bezpośrednio w oparach spalin przy ulicy - jest za to wielka szansa, że napotkasz knajpkę z top roof restaurant. oznacza to tylko tyle, że inwestujesz parę kroków po stromych wąskich schodkach by za moment znaleźć się na dachu budynku, popijając upragniony drink... i patrząc na sąsiednie dachy.
to była sielanka widziana oczami spragnionego turysty. teraz życie codzienne lokalsów. na powyższym obrazku widzimy pana Hindusa (Delhi, Indie) niosącego dal (rozgotowaną soczewicę) do klitki na dachu domu w dzielnicy Paharganj. ten człowiek wykorzystuje swój dach jako składzik, w gruncie rzeczy jest tam całkiem czysto - do rupieciarni daleko. w oknach zamiast moskitiery wisi przytrzaśnięta firanka. grunt, że działa.
tak, dachy sprawdzają się świetnie jako suszarnie, strychy, piwnice, miejsca na baniaki z wodą do kąpieli (mało skomplikowane hydrauliczne rozwiązanie). ludzie na dachach zakładają restauracje dla turystów. to także miejsce do snu - nie raz widziałam, jak wieczorami domownicy oglądali TV z rodziną na dachu, po czym kładli się na macie lub chowali pod namiotem by oddać się w ramiona Morfeusza. wyobraź sobie: zasypiasz, muska cię i chłodzi leciutki wiaterek, przez przymknięte powieki widzisz światło gwiazd z Księżycem, słyszysz głuche echo wrzawy miasta i warkot motorów dobiegający gdzieś z dołu.. gdybym miała moskitierę i przewidywany brak ulewy monsunowej, to też bym tak chętnie sobie usnęła.. (chociaż w centrach dużych miast czasem moskitiera jest zbędna z powodu tak wysokiego zatrucia powietrza spalinami, że komary wymierają.)

na terenie "drugiego miasta" dzieje się życie społeczne, które byłoby niemożliwe normalnie, z racji zatłoczenia lub innych czynników azjatyckich. dachy rozbudzają aktywność, kuszą by z nich korzystać, by wchodzić na nie i patrzeć.. patrzeć co robią inni i wykorzystywać, chwytać dzień (tak, carpe diem!). stąd młodzież hinduska w mieście Jodhpur chwyta w ręce latawce i biegnie na dachy, by stamtąd, jak z magicznych platform lotniskowych, je puszczać.
puszczanie latawca po szkole (czy pracy, bo to też się tyczy dzieci w Indiach) jest rytuałem który ożywia "drugie miasto". co robi wtedy pierwsze miasto? gdzieś na dole słychać śmiechy dzieci i nawoływania z góry.
z dachów jest bliżej do nieba. u nas w Polsce typowy dach to spadzisty i przygotowany na zimę trójkąt, ewentualnie płaska smołowana powierzchnia wieńcząca styl "domku-kostki". chciałabym, byśmy mogli więcej uczyć się od Azjatów i budować chociażby tarasy. wiem, zima silna, lato trwa 3 miesiące a dom izolować trzeba od wichur.. może to wszystko, całe to życie i kwitnąca spontaniczność i interakcja drugiego miasta może zadziać się na innym poziomie? niekoniecznie parę metrów nad ziemią, przecież nam na razie nie grozi tak gęste zaludnienie. miejsca jest pod dostatkiem. inspirujmy się więc.

1 komentarz:

Tribudragon pisze...

No, wlasnie :)

Zycie w miastach moze sie toczyc na dachach. Zyskuje sie dobry punkt obserwacyjny ( lepszy niz siedzenie przy oknie ) i bryze, ktora chlodzi.

Pamietam, jak w Szczecinie podczas upalnych dni dziesiatki ludzi opalalo sie na dachach. Towarzyszyl im smrod topiacej sie smoly :)