wtorek, 24 lutego 2009

Hua Hin

Hua Hin! hura hura! hip hip! nie no bez przesady... ;)

Hua Hin to resort plazowy na wschodnim wybrzezu Tajlandii. samochodem jedzie sie tu z Bangkoku 2 godziny. my przyjechalismy tu z Pak Chong pociagiem osobowym za grosze. caly dzien jazdy wyniosl kazdego z nas 12PLN. w pociagach ostatniej klasy (trzeciej) sluchalismy stukotu o tory w akompaniamencie nawolywan sprzedawczykow roznej masci. niestety w wiekszosci sprzedawane bylo mieso. przejscia w pociagu sa waskie, trzeba sie przepychac przez sprzedawcow z koszami, ale za to mozna doswiadczyc prawdziwej Tajlandii i siedziec wsrod Tajow, a nie turystow.

co by tu napisac o Hua Hin? prawie nie ma tu Tajlandii, mimo ze to jeden z najbardziej znanych kurortow tajskich. widzialam co prawda pare pudelkow (konkretnie 4) ale tak jakby spojrzec na wszystko z zewnatrz, to moje przyzwyczajone do Azji oko widzi tu niesamowite ilosci europejskiej jakosci. miejsce to jest tez odwiedzane przez rzesze starszych ludzi (po szescdziesiatce), czesto sa to samotni panowie z mlodymi Tajkami (ktorzy czasami siadaja tym biednym malym Tajkom na kolanach w barach pod czerwona latarnia, a wezcie pod uwage ze zwykle ci panowie sa dosc oblesni i grubi!).

charakterystyczna cecha Hua Hin jest kuchnia pelna owocow morza. grillowane kalmary na patykach chodza tu po 3PLN. w sklepach sa zachodnie wina, ulice sa az pstrokate od stoisk krawcow a'la Armani. Slonce parzy z nieba, bialasy sie smaza na brazowo a Tajowie wykupuja ze sklepow wybielajace kremiki. paranoja ;)


a oto widok na ogromny hotel, w ktorym noc kosztuje ponad 1000PLN. my mielismy nocleg za 35PLN/pokoj (bez lazienki, najtansza opcja w miescie a i tak sporo) w Pattana Guesthome, w ktorym obsluga Tajska jest bardzo mila ale wlasciciel z Europy juz niestety obcesowy. tak czy siak wyglad tego miejsca jest sliczny, stare tekowe domy czaruja.
ponizej, jak widac, przeladunek sea food, czyli morskiego jedzenia. wyglada to z bliska raczej jak szara breja, panowie wdziecznie miazdza to kaloszami i wrzucaja brudnymi lopatami na plastikowe palety. mam nadzieje ze kucharz to dobrze wysmazy ;)

plaza w Hua Hin jest czysta, piasek jasny. czasami w plytkich basenikach wody odcietej od morza widac ogromne martwe meduzy, szerokie na moje 2 rozlozone dlonie, ktore zapodzialy sie tu w trakcie odplywu.
po plazy kursuja regularnie zakapturzeni sprzedawcy tego i owego (o ceny lepiej nie pytac, w koncu musza zarobic w zamian za te meczarnie na patelni) oraz panowie na koniach i konikach do wynajecia. czesc plazy zagospodarowaly barki i restauracje. a prawie cale wybrzeze jest wykupione przez drogie hotele, do tego stopnia, ze siku mozna zrobic albo w morzu albo trzeba sie zsikac, bo do wyjscia czasem jest pare kilometrow! tak samo jest z wejsciem na plaze - w okolicach portu sa tylko dwa wejscia blisko siebie, potem przez przynajmniej 2,5 kilometra po lewej stronie jest ocean, a po prawej stronie murki i bramki hotelowe. hotele wynajmuja ochroniarzy ktorzy stanowczo odmawiaja przejscia. dlatego albo trzeba wchodzic i o nic sie nie pytac (np. o to czy mozna przejsc) albo trzeba ryzykowac dlugi spacer w ostrym sloncu z nadzieja na koniec zabudowan przybrzeznych....
co do ostrego slonca..... ten mis tez postanowil sie poopalac, w koncu jest taki bialy...... zaloze sie ze lezy tam niedlugo, bo po godzince bylby juz caly czerwony!
100 dni podrozy
za nami 100 dni, dzisiaj 101. podsumowujac, zrobilismy duzo kilometrow, poznalismy paru bardzo fajnych ludzi, widzielismy przerozne srodowiska. osobiscie jestem zadowolona i juz mam co rekomendowac innym chetnym :). i jeszcze raz napisze: wystarczy chciec!!!

a w nagrode dla wytrwalych i nadal zaciekawionych naszymi losami Czytelnikow i Komentatorow, przygotowalam specjalnie sticky rice mango czyli boski przysmak skladajacy sie z lepkiego ryzu polanego mleczkiem kokosowym z chrupkim dodatkiem posypki, a obok swiezutenkie, dopiero co obrane, dojrzale mango, rozplywajace sie w ustach! smacznego!

Lampang

w Lampang bylismy nie palietam juz kiedy, w kazdym razie pomiedzy Chiang Mai i Mae Sot.

samo miasteczko Lampang jest ciekawe przynajmniej z powodu pieknej architektury, a szczegolnie ciekawa jest swiatynia pod Lampang. niektore budynki w starszej czesci miasta, blisko rzeki (a raczej kanalu, sadzac po wygladzie i zapachu), przypomnialy mi te drewniane domy na Litwie, ktorych wykonczenia zostaly wyrzezbione na wzor koronki, co w koncowym efekcie powoduje zachlysniecie sie z zachwytu gdy sie taki dom ujrzy tuz przed soba. koronki zamiast balustrad, koronki wokol okien. slicznie odnowione, odmalowane. nie ma tych domow duzo ale i tak jest bardzo milo na tych parenascie popatrzec. nie ma co ukrywac, skojarzyly nam sie z Europa i od razu poczulismy sie chociaz troszke bardziej swojsko..
Lampang organizuje, na wzor Chiang Mai, niedzielny targ uliczny. w Azji Pd-Wsch nauczylam sie traktowac targi jako zjawisko a nie tylko miejsce kupowania i sprzedawania. wieczorna ulica ze stoiskami w Lampang byla bardzo przyjemna, oczywiscie pelna ulicznego jedzenia (ktorego Sanepid w Polsce by nie przepuscil mimo ze wyglada smakowicie i schodzi szybko, czyli jest swieze) i oczywiscie pelne ubran za grosze, pierdulek, lampek, butow, zabaweczek, plyt z karaoke (to ulubiona forma spotkania z muzyka tutaj).

a propos muzyki: w Tajlandii oraz w innych krajach ktore odwiedzilismy nie zauwazylam specjalnie duzo muzyki zachodniej. przeciwnie, wszedzie gra i spiewa muzyka lokalna, najczesciej w postaci plyty VCD albo DVD z karaoke: leci teledysk (czesto komiczny, prawie zawsze o zdradzie lub zakochaniu) a pod spodem widac zmieniajace sie slowa. mozna sie z tym spotkac wszedzie: sklepikarze umilaja sobie czas sluchaniem muzyki lub wspolnym z nia spiewaniem, w autokarach puszczaja ja kierowcy lub bileterzy, na kazdym dworcu jest jakis ekran z karaoke. w niektorych barach rowniez, szczegolnie tych nie dla turystow. ani razu nie uslyszalam angielskiej czy innej piosenki tutaj w Tajlandii od czasu gdy wyjechalismy z Ajuthaji - tam te piosenki spiewal jakis Taj w ramach zabawiania klientu bubow dla zachodnich turystow. lokalni po prostu nie sluchaja zachodniej muzy. i moze przez to, ze jej nie sluchaja, to zachowali swoje tradycyjne oryginalne brzmienie w kazdej, nawet typowo rozrywkowej, piosence.

a teraz z powrotem do Lampang, tym razem pare kilometrow za miasto, do swiatynii Wat Phra That Lampang Luang, czegos takiej klasy jak nasza Jasna Gora. oto wejscie do najwiekszej swiatyni:
w krajach buddyjskich przed kazdym watem zdejmuje sie buty.

w tej samej swiatyni, tyle ze na drugim koncu budynku, dzieja sie bardzo ciekawe rzeczy. ludzie zakladaja na swoje glowy bele z zoltym materialem podczas gdy mnich buddyjski ich blogoslawi i odprawia modly. to tak jak chrzescijanskie swiecenie woda poprzez chlustanie miotelka:
ludzie masowo skladaja w ofierze kadzidla i kwiaty. chwile medytuja, obchodza ogromna stupe dookola, niektorzy modla sie na glos chodzac. jest ona ogromna i pokryta metalowymi platami, a na znak swietosci obwiazano ja zoltym materialem. a przy stupie stoi sobie Maciek :)
troche blizej glownego oltarza wisi na kracie belka. belke bierze Tajka i rozklada na niej horyzontalnie rece, jak Jezus na krzyzu, czesto jeszcze silniej naciagajac dlonie ku koncom belki. patrzy sie na oltarz i gleboko sie modli. trwa to przynajmniej 10 minut. jej chlopak czeka obok i czasem robi zdjecia telefonem komorkowym. mamy teorie ze w ten sposob moze rozciagac klatke piersiowa i czuc sie bardziej "otwarta", glebiej oddychac - oczywiscie poza psychicznym doswiadczeniem glebokiej kontemplacji!
w jednej ze swiatynek w tym zespole swiatyn stoi duzy zloty posag Buddy i zatrzymuje wszelkie mary, czyli demony kazdej postaci, takze te najbardziej pospolite. ktos w podziece powiesil na jego kciuku pachnace kwiaty jasminu.
buddysci wrzucaja pieniadze do urn, wieszaja banknoty na patykach, zktorych formuja sie kolorowe papierowe krzaki u wejsc do swiatyni, ofiarowuja piekne kwiaty orchidei, jasminu, lotosu, kolorowe liscie, trociczki (czyli kadzidla ;)), pala swieczki przed posagami Buddy, oblepiaja posagi zlotymi kwadracikami. atmosfera buddyjskich swiatyni jest zawsze spokojna i zywa tym spokojem. swiatlo jest przyjemnie przyciemnione i czesto ocieplone zlotem ktorym pokryty jest posag. a Budda zawsze jest lekko usmiechniety, uwolniony od cierpienia, bo zatrzymal wszystkie mary. przypominam, ze Budda byl prawdziwa postacia, ksieciem zyjacym jakies 2552 lata temu na terenie obecnego Nepalu. nazywal sie Siddhārtha Gautama i poswiecil swoje dorosle zycie medytacji, szukaniu drogi wyzwolenia od cierpienia oraz nauczaniu. i udalo mu sie! :)
na koniec napisze Wam o kolejnej nadzwyczajnej ciekawostce, ktorej doswiadczyl Maciek na terenie swiatyni w Lampang. ja niestety nie miglam zobaczyc tego na wlasne oczy, poniewaz wstep do malej budowli z tym zjawiskiem jest kobietom zakazany (phi!). otoz jest tam malenka budowla w ktorej miesci sie zaledwie pare osob. po zamknieciu drzwi, przyzwyczajonym do jasnosci oczom, powoli ukazuje sie dziwny obraz: na przescieradle rozpostartym na scianie na przeciw wejscia wyswietla sie rozmazany obraz tego, co aktualnie dzieje sie przed stupa, ktora jest na przeciwko budyneczku. struzka swiatla wpada do srodka tylko poprzez malutka dziurke nad wejsciem. ja bylam na zewnatrz i widzialam, ze wejscie bylo ukryte w cieniu, bo Slonce bylo od drugiej strony budyneczku. Maciek wchodzil tam wiele razy i testowal jak to dziala, wkladal paluchy w te dziurke nad drzwiami, machal, zaslanial, myslal, ale nie wymyslil dlaczego to dziala. w dziurce nie bylo zadnego szkielka. nie wiadomo o co chodzi ale robi to wrazenie!

to tyle, zostawilismy to miejsce dawno za soba ale nadal robi mi sie cieplo i milo gdy je wspominam. mimo iz dojazd do swiatyni jest zagmatwany (wygodniccy niech wykupia sobie przejazd z jakas wycieczka), to WARTO tam pojechac przynajmniej dla samego poczucia atmosfery tego, badz co badz, swietego miejsca!

poniedziałek, 23 lutego 2009

co u nas

dzis Maciek przeczytal w Bangkok Post, ze temperatura w Chiang Mai (na polnocy kraju) wyniosla okolo 39 st.C w dzien i 27 st.C w nocy. TAK SIE CIESZE ZE POJECHALISMY NA POLUDNIE!

jestesmy teraz na poludnie od Bangkoku, w resorcie nadmorskim Hua Hin, w poblizu molo:


View Larger Map

miesci sie on na wschodnim wybrzezu Tajlandii. przybylismy tu, by poobserwowac zjawisko w postaci mega turystycznego miejsca.

plany? jeszcze dzien lub pol tutaj, a potem jedziemy na poludnie. nocleg w okolicy Krabi. mamy pare miejsc wybranych, jakies mniej znane wysepki na zachodnim wybrzezu, 2 parki narodowe, pare miejsc wokol Krabi.

troche boimy sie o stan naszych kont gdy myslimy o odwiedzeniu Ko Phi Phi, bo najtansze noclegi kosztuja tam ponad 100PLN! nie wiemy co z tym zrobic, jesli znacie jakis sposob na przetrwanie na Ko Phi Phi wydajac max. 100PLN dziennie, to dajcie znac!!

samopoczucie u nas dobre. temperatura tutaj jest typowo nadmorska, to znaczy ze nawet jesli jest okolo 30 st.C, to bryza pozwala poczuc sie przyjemnie. wlasnie tego potrzebowalismy. dzis w nocy pierwszy raz wyspalam sie na prawde porzadnie od czasu gdy nadeszly upaly. uff! wiecej o Hua Hin bedzie w oddzielnej notce za jakis czas.

no to napiszcie mi teraz o sniegu!

piątek, 20 lutego 2009

Park Narodowy Khao Yai

na prawde warto wybierac sie na wycieczki w nature z przewodnikiem, ktory wskaze o wiele wiecej niz sami bysmy zauwazyli swoimi niebieskimi lub zielonymi oczami przyzwyczajonego do asfaltu Bialego czlowieka! to kolejne doswiadczenie po Um Phang, kiedy docenilam obecnosc lokalnego przewodnika, zaangazowanego w dzika przyrode. sama widzialabym rozne ptaki, nawet nie zdajac sobie sprawy czemu tak a nie inaczej spiewaja albo dlaczego maja takie a nie inne kolory. sama byc moze nie dotknelabym lian by porownac ich twardosc i nie domyslilabym sie, ze ta miekka kryje w sobie pitna wode, mimo iz wyglada jak zdrzewiala. przewodnik pomaga zrozumiec nature, a to znaczy, ze mozna sie bardziej do niej zblizyc i... podziwiac bardziej intensywnie.

zywa natura
nazwe parku Khao Yai tlumaczy sie z tajskiego jako Duza Gora. najwyzsza gora nie jest super wysoka, ma 1350m n.p.m., ale za to jest to najstarszy i trzeci co do wielkosci park narodowy Tajlandii i ewidentnie zasluguje na nazwe nawet troche pompatyczna. :)

jest pelen zycia - zwierzeta wychodza na droge prowadzaca z polnocy na poludnie, wszedzie slychac ptaki, gdzie nie spojrzec cos sie rusza (np. mrowki). widzielismy sarne zjadajaca swieze opadle z drzewa czerwone platki kwiatow, ktore lezaly na poboczu drogi. sarna byla przestraszona nami ale z drugiej strony, jak sie dowiedzielismy od naszej pani przewodnik, sarny pokazuja sie publicznie tylko w okolicy glownej siedziby parku, bo w miejscach bardziej dzikich czeka na nie mnostwo niebezpieczenstw typu tygrys - lepiej sie wiec nie wychylac. mialam szanse spojrzec w oczy makakom, ktore chetnie wychodzily na droge (moim zdaniem prawdopodobnie dlatego, ze w jej poblizu turysci wyrzucali "za burte" organiczne odpadki typu skorka od banana lub resztki trzciny cukrowej). park Khao Yai jest zywym miejscem, rzeka zycia a moze raczej kolo zycia, gdzie mozna podejrzec przepiekne i zwyczajne zycie tutejszych roslin i zwierzat, wchodzac bezpoisrednio w dzungle.

makak na drodze:
to miejsce slynie z gibonow. udalo nam sie zaobserwowac czteroosobowa rodzinke pod koniec dnia. pogonilismy za nimi przez haszcze, pole i dzungle, by wreszcie moc je dojrzec w koronach drzew. jedna z nich jest biala - to mama - a reszta, 2 dzieci i tata, sa czarne. to wspaniale doswiadczenie, gdy nasz wzrok sie spotyka. to ciekawe, na prawde ciekawe, az sie chce zostac i patrzec dalej, nawiazac kontakt. zwierzeta w tym parku wydaly mi sie piekne, a czesto tez urocze, co swiadczy chyba o tym, ze podziw mnie opanowal i nie puszczal.

czuc, widziec i slyszec nature
Nan, nasza przewodniczka z Wildlife Safari w pobliskim Pak Chong (polecamy wycieczki ale guesthouse jest sredni choc mily), jest jedyna kobieta w Tajlandii specjalizujaca sie w ornitologii praktycznej. w zwiazku z tym wiele razy zbaczalismy z glownego szlaku, ganiajac za ptaszkami. niektore byly szare, inne kolorowe, ale wszystkie spiewaly przeslicznie i mialy bogate linie melodyczne, poniewaz maja teraz czas parzenia sie. ponadto Nan wskazywala nam rozne rodzaje odchodow, wskazujac nam pozniej przy obiedzie ich wlascicieli w kolorowej ksiazce ze zwierzetami Tajlandii. Nan pomogla nam glebiej zobaczyc dzungle i glebiej ja uslyszec. jak ja glebiej uslyszec? wystarczy byc cicho i nastawic swoje drugie uszy w postaci polozonych za pierwszymi uszami dloni. wtedy wszystkie rozpraszajace nas z bokow dzwieki znikaja, a te z przodu zabieraja prawdziwej glebi. szczegolnie, jesli sie stoi na wysokim klifie a w dole jest tylko dzungla.....
pode mna pareset metrow.
zaobserwowalismy z Mackiem jeszcze jedno zjawisko, tym razem dotyczace ludzi. nasi wspoltowarzysze wycieczki mieli drogie aparaty fotograficzne z ktorymi nie rozstawali sie nawet na chwile. jak trzeba bylo zobaczyc malego ptaszka posrod lisci, lian, paproci i trawy, to oni robili to przez.. obekityw aparatu fotograficznego. robili zdjecia wszystkiemu i w zwiazku z tym prawie nie patrzyli na to wszystko swoimi oczami bez posrednictwa szkla obiektywu. z doswiadczenia wiem, ze takie ganianie za zdjeciami daje sporo satysfakcji i jednoczesnie moze pozbawic osobistego kontaktu z obiektem fotografowanym, bo wszystko co widzialne zaczyna byc traktowane jak potencjalne zdjecie z 4 katami prostymi. pozostawiam to spostrzezenie do przemyslenia.

a oto przyklad tukana przez szklo lornetki, ktore z kolei zostalo sfotografowane dla mnie przez Nan.
i jeszcze jedno: motyle wiedza kiedy chcesz im zrobic zdjecie, maja ten swoj dodatkowy zmysl i dzieki niemu udalo mi sie wykonac niestandardowe, calkiem niezle, artystyczne zdjecie! ;) ten gatunek jest potocznie nazywany Niebieskim Tygrysem.
a teraz - deszcz! pierwszy raz od 2 miesiecy, z blyskawicami. dlugo wyczekiwany, upragniony przez ziemie i nas. pojawil sie wczoraj, skapo ale nam wystarczylo by sie uradowac. teraz, gdy pisze, pada prawdziwie standardowo, tzn. dlugo, z grzmotami, woda wsiaka w ziemie i jest chlodniej. juhuuu! i ufff!

wracajac do parku: nie sposob opisac wszystkiego co spotkalismy i kazdej opowiesci, jaka uslyszelismy. dlatego ogranicze dalsze spisane wspomnienia do tych, ktore zapamietalam najlepiej i dodam pare zdjec. widzielismy m.in.: grube drzewa cynamonowe, ktorych nie jestem w stanie objac, liany oplatajace starsze drzewa, ogromne drzewo-liane ktore pozostalo w srodku puste po smierci drzewa-zywiciela, na ktore Maciek sie wspinal. i przepiekne kolory nieba o zachodzie Slonca. zapamietalam tez czerwona jaszczure z ubikacji, usadowiona na belce sufitowej tuz nad spluczka oraz dziki gatunek kurczakow wietnamskich, ktore tajscy straznicy sprowadzili i trzymaja jako zwierzeta domowe w miejscu swojej pracy w najwyzszym punkcie parku Khao Yai w bazie wojskowej. i nade wszystko pamietam przepiekna zielen tego sezonowego lasu deszczowego, ktora nabierala odcieni przez swiatlo Slonca na roznich glebokosciach dzungli. obrazu dopelnia brak sloni przy ich ulubionym miejscu lizania soli (w koncu nie byly gwarantowane przez przewodnika ;)).

czwartek, 19 lutego 2009

Chiang Mai - Forest Wat U Mong, Doi Suthep

troche zaleglosci.... Chiang Mai!

lesny Wat U Mong
zespol swiatynny, oczywiscie buddyjski, polozony w okolicy zoo w Chiang Mai. dawno temu byl to opuszczony teren. jakis czas temu przybyli mnisi i odnowli tamtejsze kanaly, na koncu kazdego z nich usadowili figury Buddy. Wat U Mong, zwany Lesnym Watem, zajmuje, jak nazwa wskazuje, duzo terenu lesistego. na wielu drzewach wzrok przybysza lowi sentencje, umieszczone tu przez mnichow w celu kontemplacji i medytacji. na przyklad:
w stawie na terenie zespolu roi sie od sumow, wiec lepiej nie wpadac na pomysl ochlodzenia konczyn w wodzie... ;) a obecnie jest tam na porawde goraco..
atmosfera Watu jest przyjazna. jedyny moment w ktorym mamy szanse poczuc sie niechciani to chwila wkraczania na teren mieszkalny mnichow. lokalne psy traktuja to jak wtargniecie na ich teren. mnisi praktykuja wspolczucie wobec wszystkich istot, wiec psow nie zwalczaja. osobiscie zastanowilabym sie nad ta polityka, w wielu miejscowosciach psy zaczynaja juz juz sa dokuczliwe i w momencie gdy sa juz na kazdej ulicy nie za bardzo wiadomo co z tym zrobic... chyba, ze sa to pudelki! ale niestety zwykle sa to uliczniaki.
jeden z mnichow poprowadzil nas chwile wglab ich terenu mieszkalnego. pomaranczowe szaty schnace na sznurach miedzy drzewami, moskitiery w oknach, cisza. w pewnym momencie czesc mnichow rozpoczela spiewy w jednej ze swiatyn i teren Watu wypelnily niskie dzwiki mantr. wg mnie to ciekawe miejsce i warto je odwiedzic (uprzednio ostro targujac sie o cene transportu..).

Doi Suthep
Doi Suthep to swiatynia na wzgorzu nad Chiang Mai. prawdziwie swiete miejsce! zlota stupa widnieje na kalendarzach i plakatach w calym kraju. aktualnie jest w remoncie i widac ja zza gestej sieci drabinek remontowych ale i tak zloto z jej powierzchni bije po oczach i rozgrzewa serce pieknym swiatlem. w swiatyniach dookola stupy mnisi odprawiaja modlitwy i blogoslawia. w ramach blogospawienstwa dostalam bialy kawalek sznurka na reke. ponosilam dzien, a nastepnie przewiazalam sznurek na plecak. w zawiazku z tym mam blogoslawiony plecak! ;)

figura Buddy pod parasoleczka, po lewej fragment drabinek remontowych (za nimi stupa), a po prawej dach swiatyni, w ktorej dostalam bialy sznurek na znak blogoslawienstwa. Budda, jak zawsze, spokojnie usmiechniety:

bylismy zachwyceni tym miejscem, chociaz zeby sie przedrzec przez wejscie (obcokrajowcy oplata 30BHT) trzeba miec tupet jak taran (jak to pieknie ujal Wojciech Cejrowski). jak juz sie weszlo po wysoookich schodach, czekala nas nagroda w postaci przepieknej architektury, ktora byla zywa, jesli wiecie o co mi chodzi. chodzi o to, ze ludzie z niej zywo korzystali, robili to aktywnie i ze skupieniem. na posagach widac slady zlotych kwadracikow, ktore nalepia sie w momencie modlitwy, wszedzie pachnialo dymem i bylo ten dym widac. przez niego przeswiecalo cudownie jasne zbiorowisko promieni slonecznych, takze tych odbitych od zlotej stupy. a pod otaczajacymi swiatynie pomalowanymi scianami mozna bylo odoczac w towarzystwie zafoliowanych posagow mnichow, ktorzy byli wyposazeniem tutejszych sklepow z dewocjonaliami.

jedna ze swiatyni na terenie Doi Suthep jest wybudowana tuz przy tarasie, z ktorego mozna dostrzec Chiang Mai - lub zarysy tego miasta tonacego w smogu i pyle. widoczek dla mojego taty, ktory za kazdym razem dziekuje mi za zdjecia z wysoko polozonych punktow:
a teraz znajdzcie mnie. podowiem Wam: na kogo patrza sie zdziwieni Tajowie? w tle widac taras i piekne drzewo.
Doi Suthep, tak jak swiatynie w Lampang, jest swietym miejscem dla tajskich buddystow. warto tam przyjechac z wielu powodow: dla atmosfery, widoku, by zachwycic sie dziwacznymi rzezbami (mnich medytujacy odziany w skore tygrysa, pies z glowa mitycznej nagi, potwory jak na gorze mojego bloga strzegace wejscia, zobrazowana bogini ziemi ktora wyciskajac swoj warkocz z wody splukuje demony sprzed oblicza Buddy.....).

by sie tam dostac, najlepiej zlapac pick-up z okolic wejscia do Uniwersytetu.

pozostalo mi jeszcze opisac Lampang i Flower Festival. to nastepnym razem i za pare dni, bo wlasnie czekamy na pociag do Khao Yai National Park ;) pozdrawiam serdecznie!!!

wtorek, 17 lutego 2009

szeroko pojety rasizm wobec turysty

co? taki temat tutaj, w bajecznej Tajlandii? przyzwyczailismy sie, ze jak rasizm, to wobec Murzynow albo innych, ale Bialych? szeroko pojety rasizm wystepuje tutaj, tak jak niestety wszedzie.

tutaj, w Azji, strony sie odwracaja. nasze przyzwyczajenie, ze to tylko Biali moga byc rasistami, pryska i znika. szeroko pojety rasizm, ktory tu wystepuje, ma przewaznie nastepujace formy:
1) jedna grupa etniczna jest tlamszona przez inna grupe etniczna, wysmiewana lub zwalczana
2) rasistowsko nastawieni Azjaci wykorzystuja Bialych finansowo lub ich wysmiewaja

pierwsza opcja jeszcze jest nam znana, mamy lub mielismy to samo w Polsce.

przy drugiej niektorzy moga sie zdziwic. z tego co zaobserwowalam, to jest tak: spotykajac sie z przeroznymi ludzmi stad, oferujacymi przerozne uslugi (transport, bileterzy w miejscach turystycznych, straznicy swiatynni naklaniajacy do ofiar pienieznych..) nie moge oprzec sie wrazeniu, ze niektorzy z tutejszych Azjatow maja wdrukowane przekonanie, iz Biali, czy Azjaci z polnocy, maja portfel w postaci woreczka bez dna oraz czasami takze, co gorsza, ptasi mozdzek (a moze oni po prostu licza na nieuwage placacego).

pare swiezszych przkladow:

Transport.
- wczoraj wracalismy z Parku Archeologicznego Sukhothai autobusem pelnym doroslych oraz szkolnych dzieci. jechala z nami rodzina ze Skandynawii z 2 coreczkami w wieku dzieciakow ze szkoly, ktore oblegaly autobus. dzieci placily pol ceny. ale bileterka nie chciala uznac dzieci skandynawskich za dzieci. przeciwnie - wmawiala ich rodzicom, ze ich dzieci powinny zaplacic jak Bialasy. po parominutowym uporze ze strony skandynawskiej rodziny, pani ustapila. dla niektorych Biale dzieci to nie dzieci, tylko Bialasy.
- 2 godziny temu autobus z Sukhothai wyrzucil nas przy drodze, na przystanku autobusowym, poniewaz byl to dluzszy kurs i nie wjezdzal glebiaj w miasto. chcielismy zorientowac sie w dostepnych opcjach dostania sie do centrum, bo w przewodniku Lonley Planet nic na ten temat nie ma. podszedl do nas kierowca tuktuka i chcial 15PLN, a od innych turystow chwile wczesniej 30PLN, za podwiezienie 4km. wmawial nam tez, ze to 8km. chwile potem przyjechal autobus lokalny i dojechalismy za 1PLN na miejsce. odjezdzajac z miejsca ciekawie bylo obserwowac glupawa mine kierowcy tuktuka. dla niektorych jedyny sposob zachowania wobec turysty to prowadzenie gry p.t. "kto kogo wykiwa".

Sprzedawcy.
- Maciek kupuje owoce w Pakbeng. za 5 malych mandarynko-pomaranczek placi 4PLN. zaloze sie, ze Laotanka, ktora podala mu cene, po prostu z niego zdziera, bo jest Bialy. niektorzy mysla, ze oszukac Bialego turyste to nic zlego.

Bileterzy w miejscach turystycznych.
- budka straznika, wstep do Rezerwatu z Wodospadem Ti Lor Su. Tajowie placa 3PLN. reszta turystow placi 20PLN. parki narodowe Tajlandii: Bialas placi 40PLN za wstep. niektorzy mysla, ze turysta, a w szczegolnosci Bialy, moze zaplacic 7 razy wiecej, bo z definicji MA tyle kasy skoro juz tu przyjechal.
- Doi Suthep w Chiang Mai, swiete miejsce buddystow. przepiekna swiatynia pelna pielgrzymow i turystow. buddysta Taj wchodzi za darmo, turysta placi. w zwiazku z tym, ze obojgu nam z Mackiem blisko do nauk Buddy, po chwili dyskusji ze straznikiem, powiedzielismy mu ze jestesmy buddystami, poniewaz dosc juz mielismy tej segregacji, ktorej takze doswiadczalismy w Laosie. to tak, jakby za wstep do kosciolow w Polsce pobierac oplate od nie-Polakow. niewazne, ze przyszedl po chwile glebszej kontemplacji. niektorzy mysla, ze jak turysta, to nie buddysta, wiec niech placi.


oczywiscie moge dodac jeszcze wiele przykladow sytuacji, z ktorymi stykamy sie na codzien w podrozy po obcej ziemi ;), ale moze nie bede potwierdzac stereotypu Polaka i nie bede narzekala ;)). oczywiscie moj cel to opisac zjawisko w sposob obrazowy i po to przyklady wziete z zycia. i jeszcze jedno "oczywiscie": oczywiscie pisze o niektorych. znakomita wiekszosc spotykanych tu ludzi jest mila i pomocna, traktuje nas jak normalnych ludzi a nie worek z kasa lub ulomny worek z kasa. z reguly Tajowie dodatkowo sa szczegolnie pomocni - gdy widza cie miotajacego sie w dezorientacji, to podchodza i pytaja o co chodzi albo po prostu sie domyslaja i daja odpowiedz. nawet jesli nie mowia po angielsku.

poniedziałek, 16 lutego 2009

PODSUMOWANIE: miesiac 2 i 3

z braku czasu jest to drugie podsumowanie w naszej juz trzymiesiecznej tulaczej podrozy. dzisiaj w nocy minie 3 miesiace od wystartowania samolotu z lotniska w Warszawie.

psychicznie mam sie dobrze, przeszlam po drodze pare kryzysow ale nie byly one dlugie ani silne. Maciek mial ich troche wiecej i troche silniejsze, obecnie tez go swedzi pieta w kierunku Polski, naszego bialego slicznego kraju, gdzie mu Punia spiewa (i jeczy ;)). ja tez tesknie. ale wiem, ze to co robimy jest wazne, takze dla mojej rodziny, ktora kusze cudownymi opisami cudownych miejsc i obserwuje jak ich piety zaczynaja swedziec co raz bardziej ;P prawda, rodzino droga? ;)

miejsca i osoby ktore wspomimamy szczegolnie dobrze (po wyladowaniu w Wietnamie):
- Sajgon: tanie i pyszne jedzenie, tanie i pyszne piwo, tanie i sliczne pamiatki, tanie i ladne obrazy-reprodukcje (male 10USD, duze 30USD), nosowy jezyk wietnamski, wspolna Gwiazdka z rodzina przez Skype, nastroj gdy dzielilismy sie oplatkiem od mojej babci T
- Delta Mekongu: zapach robionych wlasnie kokosowych cukierkow, waskie kanaly otoczone niskimi palmami i podroz nimi waska dluga lodzia, ryby dwudyszne wszedzie
- Phnom Penh: miejsce nad jeziorkiem gdzie mieszkalismy (Smile Guesthouse), spokoj na ulicach, warto odwiedzic wiezienie Tuol Sleng zeby zobaczyc co ci ludzie przeszli
- Siem Reap: dobry szpital ;)
- Angkor: szczegolnie te mniej uczeszczane swiatynie, a osobiscie padlam przy Bayon'ie
- Bangkok urodzinowy: restauracja Vertigo!
- Vientiane: poranne zimno w nocnym pociagu z Bangkoku do Vientiane oslodzone sticky rice wprost z cieplego bambusa, morning market, widok z luku triumfalnego na miasto, pod Vientiane: surrealistyczny Budda Park!
- Vang Vieng: jaskinie!!! i polecamy Otherside Guesthouse!
- Luang Prabang: nocny targ, widok ze szczytu wzgorza na miasto, widok z restauracyjek na Mekong, zakrapiany Lao Beer, pranie Hipopotamka ;)
- 2 dni na Mekongu w Laosie, czyli Pakbeng i Huay Xai: klimacik, szpilki+skarpetki u Laotanek, Queen of Nagas na zdjeciu
- Wiochy Laotanskie: Maciek bardzo poleca treking z firma Green Discovery Laos
- Chiang Mai: niedzielny targ! pudelki wszedzie, Flower Festival, sushi za 50gr, wzgorze Doi Suthep, Muay Thai
- Pai: muza wieczorami i otwartosc ludzi
- Lampang: Wat Phra That Lampang Luang - padamy na kolana.. piekne i tajemnicze miejsce sakralne buddystow, w Lampang polecam uliczny targ w niedziele wieczorem
- Mae Sot: patrzenie na roznorodnosc grup etnicznych wsrod ludzi na ulicach, herbata birmanska (niebo w gebie!!!), nocleg w Green Guesthouse
- Um Phang: 3-dniowa wycieczka do Wodospadu, splyw po rzece i spacer po dzungli, przewodnik Koko z Um Phang Hill Resort
- Sukhothai: mozliwosc objechania zabytkow na rowerkach za 3PLN w 1 dzien

jutro prawdopodobnie uderzamy na wschod do parku narodowego Nam Nao, ale, jak juz pewnie zdazyliscie sie zorientowac, to nie jest pewne :). pozostalo mi uzupelnienie wpisow z Lampang, festiwalu kwiatow i Doi Suthep w Chiang Mai oraz pare slow o Mae Sot. postaram sie to opisac, zobaczymy czy sie uda.

generalnie po wyjechaniu z Malezji wydajemy o wiele mniej, miejsca ktore teraz opisalam sa tansze i jest w nich wiecej opcji wegetarianskich gdy trzeba cos zjesc.

sobota, 14 lutego 2009

Um Phang

Mae Sot to miescina lezaca 14km od granicy z Birma, czyli obecnym Myanmarem. Um Phang lezy za gorami, na poludnie od Mae Sot, takze w poblizu granicy, i jest zalesionym dookola miasteczkiem, sluzacym jako baza wypadowa do pobliskich rezerwatow i parkow narodowych. tam wlasnie sie udalismy.

podroz w jedna strone to 4 godziny w slicznej gorzystej scenerii i co z tego wynika - mnostwo zakretow. ta droga zostala nazwana nawet "autostrada smierci" ale naszym zdaniem to gruba przesada (chyba ze sie jedzie noca, wtedy faktycznie moze byc kiepsko). osobiscie nazwalabym to "droga tysiaca widokow" czy cos w tym, a nie innym, stylu :) najpierw widac niziny wokol Mae Sot, potem powoli zaczynaja sie wzniesienia i zakrety, skaly pelne jaskiniowych dziur, sztucznie nawadniane przez rolnikow pola ryzowe (tzn. prawdziwie ale, jak wiadomo, jest pora sucha, wiec woda jest zorganizowana przez ludzi, a nie przez niebo). potem zaczyna sie hustanie, niektorym robi sie niedobrze. nastepnie niektorzy wychylaja glowe za "burte" i..... w kazdym razie droga ma jeszcze wiecej zakretow niz ta z Chiang Mai do Pai. :) widoki sliczne, przejezdza sie przez wysokosci okolo 1700m n.p.m.. jakas godzine przed Um Phang nagle wylania sie po lewej stronie wioska.. a potem okazuje sie ze ta wioska ciagnie sie jeszcze dobrych pare minut! to jedno z miejsc, gdzie zyja uchodzcy, jest ich tu 20 000.

w strone Um Phang bylismy jednymi z 25 osob jadacych samochodem przeznaczonym dla osob 11. bylismy tez jedynymi farang'ami, czyli bialasami (z duzymi nosami, bo farang oznacza w oryginale "duzy nos", co wzielo sie od nosow przebywajacych tu wczesniej okupantow europejskich). wszyscy inni to Tajowie, Birmanczycy, ludzie z plemienia Karen, jedna pani z plemienia Lisu i jedna "bez papierow", wygladajaca podobnie do Hinduski, uchodzca z Birmy, ktora niestety zawrocila kontrola na trzecim postoju. pare razy spojrzalysmy sobie w oczy - w jej byl glegoki strach, w moich glebokie wspolczucie. nie pomogla jej proba wreczenia lapowki. prawdopodobnie odeslano ja z powrotem do Mae Sot, z ktorego wyjechalismy, do wiezienia dla uchodzcow bez stosownych papierow, z ktorego albo ktos ja wykupi za okolo 400PLN, albo zostanie odeslana do Birmy. mam jednak nadzieje, ze czeka ja lepszy los.. uchodzcy Birmanscy stanowia polowe populacji stanu, duza czesc z nich nie ma papierow, bo ich zalatwianie kosztuje i grozi deportacja w razie jakiegokolwiek potkniecia. dzieci uchodzcow niby maja prawo, by uczeszczac do szkol wraz z tajskimi ale w praktyce to sie nie dzieje. dla nich jest organizowanych co raz wiecej szkol prowadzonych przez wolontariuszy, ktorymi sa glownie farang'owie, przyjezdzajacy do Mae Sot czesto jedynie w tym celu na cale miesiace.

gdy juz przyjechalismy na miejsce do Um Phang, przywital nas przemily pan, ktory okazal sie naszym przewodnikiem. na imie mu Koko.
jest Karenem okolo trzydziestki. szczerze go polubilismy i polecamy kazdemu, kto wybiera sie do Um Phang (mozna go znalezc w Um Phang Hill Resort). lud Karen to gorale, ktorzy nie znaja granic i mieszkaja na styku polnocnej Tajlandii i krajow graniczacych. Koko okreslil sie jako "Karen z miasta", gdy wyjasnial mi czemu nie potrafi przetlumaczyc slow piesni weselnej.. ale o weselu w wiosce Karenow za chwilke :). Koko postawil nam obiad i upewnil sie 3 razy ze znamy droge do Resortu (odleglosc okolo 40m :D). jego opiekunczosc nie ustala nawet, gdy wyjechalismy z Um Phang (telefonicznie zarezerwowal nam pokoj w Mae Sot). czlowiek-zloto. po obiadku poszlismy do pokoju, po czym spotkalismy sie juz razem, cala grupa (4 osoby), w porze kolacji. tam poznalismy jeszcze innego przewodnika, ktory zaproponowal nam darmowa przejazdzke na wschod Slonca na pobliskich wsgorzach, razem ze swoja rodzina ktora przyjechala do niego z wizyta. przystalismy na to mile zaproszenie i...
...i nastepnego dnia, mimo ze bylo ciemno jak w nocy, zwleklismy sie z lozek i wtoczylismy do jeep'a, gdzie kierowca-Taj, jak to Taj, wlaczyl klimatyzacje i zrobilo sie zimno jak w lodowce :D. na szczescie podroz nie trwala dlugo, po 30 minutach dotarlismy na gore. i tam przekonalismy sie, ze nasi wspoltowarzysze-wycieczkowicze nie przestaja rozmawiac nawet w nadzwyczajnie slicznych okolicznosciach przyrody....... Lise i Dave, z Australii, to przemili ludzie. Dave jednak cechuje sie niezamykajaca sie buzia, co budzilo we mnie ambiwalencje, bo raz na prawde fajnie mozna bylo pogadac, a innym razem trzeba bylo mu przypominac, ze wokol sa jeszcze spiewajace ptaki i swidrujace uszy cykady.

widoczek z pontona patrzac na wprost
widoczek z pontona patrzac na lewo
widoczek z pontona ogladajac sie za siebie
dzien zaczal sie przeslicznym switem. potem bylo sniadanie i niespodziewanie piekne widoki, ogladane z gumowych tratw splywajacych po rzece. uwierzcie mi, natkniecie sie nagle na spadziste wysokie klify wapienne lub mala tecze, ktora zrodzila sie w wodach spadajacych ze skal, to jest niezapomniane przezycie! uff.. robi sie goraco z wrazenia a to jeszcze nie najlepsze! albowiem po dobiciu do brzegu i obiciu ciala w jeep'ie odbilismy sie od ziemi wskakujac do basenu zimnej wody, ktora wlasnie przed chwila spadla z 200-300metrow nad nami. oznacza to tylko jedno - wykapalismy sie pod Wodospadem Thee Lor Sue, najwyzszym w Azji Pd-Wsch! dzien zakonczylismy na polu namiotowym, gdzie zobaczylam katem oka czarny cien latajacej wiewiory (ang. giant flying squirrel). mimo, ze nie bylam w ciucholandzie, nie uwazam tego dnia za stracony ;) (serdecznie pozdrawiam Ciocie Nine z Gdyni).

Wodospad

zblizenie na czesc Wodospadu na wysokosci okolo 200m
drugi dzien rozpoczelismy wspieciem sie jakies 200m przy Wodospadzie i zobaczeniem otaczajacej go dzungli z gory. dopiero przy schodzeniu w dol w las zdalam sobie sprawe z przeslicznego zapachu, ktory tam panowal: byl wlasciwie taki sam jak zapach, ktory spotyka sie czasem w polskich kosciolach. prawdziwie sie nim rozkoszowalam.. osladzal mi sliska droge w okolicy Wodospadu. po powrocie sprzatnelismy graty z pola namiotowego i udalismy sie na spacer (nie sposob nazwac tego treking'iem, tak jak splywu pontonem nie osmiele sie nazwac slowem rafting ;)).

spacer mial cel - mielismy dotrzec do wioski ludu Karen, polozonej jakies 8km od nas. i dotarlismy. nikt sie za bardzo nami na miejscu nie przejal, widac turysci to tutaj chleb powszedni (swoja droga, probowalismy tego uniknac ale nawet w Um Phang sie nam to nie udalo, a szkoda. przynajmniej nikt przed nami nie odstawial szopki z "ludowymi strojami" na pokaz). tym razem nocowalismy w ogromnym szalasie na palach. i tak jak poprzednio noc byla chlodna ale.... zanim poszlismy spac zaproszono nas na weselisko! zblizajac sie do chaty z weselem mialam przez chwile watpliwosci czy to wesele czy pogrzeb, poniewaz zawodzaca transowa piesn, intonowana przez mezczyzn, miala wyjatkowo smutna nute. jednak po chwili przypomnialy mi sie archaiczne piesni weselne z Lubelszczyzny, ktore maja przeciez bardzo podobne zawodzace i transujace brzmienie, z slizgajacymi sie w dol i w gore nutami i przeciaganiem slow w nieskonczonosc. spytalam Koko o znaczenie slow piesni. powiedzial mi, ze nie rozumie ale zapyta. okazalo sie, ze piesn musi byc utrzymywana przez cala noc weselna. byl to dialog dwoch grup spiewakow, jedna pytala "czy mnie kochasz? czy bedziesz dla mnie dobry?" a druga odpowiadala "tak, kocham, ale czy ty bedziesz o mnie dobrze dbac?" itp., itd.. celem piesni jest przekonanie demonow, by sie nie zblizaly, bo malzenstwo bedzie udane i nie ma powodu by wtykaly nosa w nie swoje sprawy. mam nadzieje, ze nie beda go tam wtykac, bo panna i pan mlody byli sliczni, mili, urodziwi i wydawalo sie, ze darza sie prawdziwym goracym uczuciem! oboje to uchodzcy birmanscy. wg zwyczaju powinni zamieszkac na 3 pierwsze lata w domu panny mlodej a potem moga mieszkac osobno, jednak w tej sytuacji politycznej zdecydowali, by nie wracac do obozu uchodzcow, skad jest panna mloda, tylko zamieszkac z rodzina pana mlodego. weselnicy uraczyli nas szczesliwa woda (ang. happy water), po ktorej mnie rozbolala glowa, a Maciek zapalil lokalnego papierosa :). caly czas w tle plynela piesn weselna. wreczylismy prezenty mlodym i po okolo godzinie poszlismy spac, zawinieci w 3 spiwory.

trzeci i ostatni dzien to faktycznie pol dnia prob utrzymania sie w koszu na sloniu i pol jazdy powrotnej do Mae Sot, tym razem z wesola rodzinka Dunczykow (niestety ktorej mlodsza czesc miala wyrazna chorobe lokomocyjna, wspolczuje). slonie, jak wiadomo, sa szare i duze. czaszka slonia rusza sie, gdy slon chodzi. gdy slon sika, wszyscy wokol mowia zgodnie: wodospad. gdy slon robi kupe, to po dzungli rozchodzi sie seria gluchych pukniec (zgadnijcie czego o co). gdy slon ma gazy, to lepiej wstrzymac powietrze na minute. gdy slon kicha, to wszyscy w promieniu metra odczuwaja tego skutki. ale gdy slon chce stanac i odpoczac, to juz nie ma tak latwo, bo mahut na niego pohukuje i czasem przejezdza mu badylem po nogach. to ogromne zwierze slucha sie mahuta jak wierny pies. Koko mowi, ze mahut kocha swojego slonia (bo na nim zarabia) i zwierze jest traktowane jak czesc rodziny, jednak Maciek stwierdzil, ze woli pojsc za sloniem, zeby nie przykladac reki do takiego jego traktowania. ja probowalam przez cale 4 godziny utrzymac sie na wielkim szarym zwierzeciu i czulam sie jak shake [wymawia sie to slowo "szejk" ale bynajmniej nie chodzi o oplywajacego w wygody szejka, raczej o ten napoj, ktory tworzy sie z silnie potrzasanego i mielonego lodu].

fragment slonia widoczny po prawej, pod moimi sandalami. slon jest samica i ma 42 lata.

4 godziny tych prob nadwyrezyly moje kolana ale mimo to jestem szczesliwa. czemu akurat kolana? wyobrazcie sobie: na szczycie slonia umieszczona jest mala drewniana platforma z barierka wysokosci okolo 20cm, w ktorej jest dziura po srodku. ta barierka to jedyna rzecz, ktorej mozesz sie trzymac, gdy slon schodzi albo wychodzi z koryta rzecznego (czasami robil to uginajac przednie nogi, co jeszcze zwiekszalo kat nachylenia). nie jest bezpiecznie wystawiac wtedy nogi na zewnatrz, bo mozna sie wyslizgnac.. lepiej wiec uzyc swojego piszczela jako blokady i polozyc go wzdloz przedniej czesci barierki (a wlasciwie dwoch jej czesci, pomiedzy ktorymi jest dziura). po takim zabiegu przyciskana piszczel jakos to wytrzymuje, ale ciezar calego ciala przy ostrych nachyleniach 'troche' gniecie kolano zgietej nogi.. wiec po zejsciu ze slonia kustykalam tak jak Dave, ktory mial jedna sztuczna noge, z czego mielismy oczywiscie ubaw ;).

reasumujac: bylo fajnie. koszt: 400PLN (bez kosztow dojazdu do Um Phang, poza tym to najtansza dostepna mozliwosc zobaczenia tych miejsc).

obecnie jestesmy w Sukhothai i jutro bedziemy ogladac ruiny dawnego krolestwa. mi zdrowie dopisuje a Maciek musi sie podreperowac. dalsze plany? poniewaz robi sie naprawde goraco (wokol 36 stopni C w dzien.... Maciek mowi, ze pora goraca przyszla 3 tygodnie wczesniej i niestety mu wierze), zamierzamy zobaczyc jeszcze Ajuthaje i prawdopodobnie 2 parki narodowe w srodkowej Tajlandii, po czym pryskamy na poludnie, gdzie temperatura oscyluje wokol 32 stopni C (i to ma byc pora chlodna?). a na poludniu, jak to na poludniu, wysepki, parki narodowe z wodospadami i sarenkami, wysepki, wyspy, wysepki......

pozdrawiam Was serdecznie. na odchodnym prosze zajrzyjcie na odnosnik "zaginal Jachu" ulokowany po prawej stronie bloga, to wazna sprawa.

niedziela, 8 lutego 2009

!!! trzeba znalezc Jachu !!!

Janusz nie żyje
2 czerwca 2009 roku odbył się jego pogrzeb w Szczecinie.

dziękuję wszystkim aktywnym za wszelką pomoc w Jego próbach odnalezienia.

kiedyś wszyscy też odejdziemy. nie wiadomo co jest potem, czy istnieje czas czy jakiekolwiek miejsce po śmierci. w tym momencie wiem tylko, że Jachu napisał wiele słów, które pomogły mi głębiej zobaczyć wiele mechanizmów wg których postępuję. jego blog był miejscem, które odwiedzałam regularnie, z ciekawością. mimo że nigdy się nie spotkaliśmy osobiście, to zawdzięczam Mu wiele ważnych przemyśleń, które poskutkowały tym, że jestem lepszym człowiekiem.

do zobaczenia, Jachu



-----------------------

30 stycznia zaginal Jachu, facet ktorego bloga czytam od paru lat i ktory zrobil dla mnie otoczke graficzna na ziemny.blog.pl.

ostatnio widziano go w Szczecinie w winiarni Bachus 30 stycznia 2009 roku. Jachu w dniu zaginięcia miał na sobie luźny sweter wełniany szaro-granatowy, spodnie koloru khaki z grubego sztruksu z kieszeniami po bokach, nieprzemakalną czarna kurtkę z kapturem typu „sztormiak”, beżowe skórzane półbuty, bardzo długi, popielaty wełniany szalik, Nokie 5310, czarny skórzany portfel oraz bardzo charakterystyczny stalowy zegarek z dużym zielonym wyświetlaczem.

pelniejsze dane na stronie Fundacji Itaka --> mozna tez pobrac plakat i go rozwiesic po miescie!

Janusz Tabisz
Aktualny wiek: lat 49
Data zaginięcia: 2009/01/30
Wiek w dniu zaginięcia: lat 49
Wzrost: 180 cm
Kolor oczu: piwne
Znaki szczególne: brak kawałka palca lewej ręki
Ostatnie miejsce pobytu: Szczecin (kolo Bachusa)
Województwo: zachodniopomorskie

na Jego blogu toczy sie rozmowa na temat zaginiecia, mozna podgladac szczegoly.

prosze, jesli ktokolwiek widzial Jachu, dajcie znac policji, fundacji Itaka, komukolwiek kto mu pomoze. facet jest niesamowity i teraz prawdopodobnie potrzebuje pomocy!!!







sobota, 7 lutego 2009

Muay Thai w Chiang Mai

Cisza przed walka
juz z paru metrow slysze charakterystyczna piszczalke, bemben i dzwonek, towarzyszace walkom Muay Thai. znalezlismy wejscie na Taphae Boxing Stadium w Chiang Mai, gdzie rozegra sie dzis w nocy 8 walk, na naszych oczach. wita mnie usmiechniety gej i ubrany w czerwona suknie transwestyta. Maciek przyjdzie za chwileczke, jestem sama ale nie czuje sie niebezpiecznie. czuje za to dreszcz emocji i zaciekawienie - co za miejsce!

do reki dostaje plan dzisiejszej walki:
zostaje mi pokazana laweczka przy drugim stoliku od ringu. zamawiam herbate, obserwuje na razie puste lawki za mna. jeszcze pol godziny do rozpoczecia. wokol ringu rozwieszone flagi dzisiejszych zawodnikow - Tajlandii, Wielkiej Brytanii, Austrii, Kanady, za nimi w rzedzie teczowa flaga queer, homoseksualistow i transwestytow, za nia inne flagi wiszace na sznurze ponad miejscami dla widowni - Brazylii, Australii..
miejsce jest arcyciekawe - z jednej strony przebywaja tu twardzi mescy zawodnicy, faceci trenujacy stara sztuke walki, z cialami jak rzezby w ktorych widac kazdy miesien. z drugiej strony sa tu transwestyci - mezczyzni ktorzy zapragneli byc kobietami, dla ktorych plec sie rozmyla, ktorzy plec przekroczyli i teraz chodza w zwiewnych czerwonych sukienkach, umalowani, a potem, po paru godzinach emocjonujacych walk, wychodza na ring by tanczyc - dla widowni i dla siebie.

wystep po walkach:
powoli lawki zapelniaja sie ludzmi, a stoliki butelkami z piwem. juz od pewnego czasu slysze typowa transowa muzyke, towarzyszaca walkom Muay Thai. jest to wijacy sie dzwiek piszczalki jak dla wezy boa, ktoremu towarzyszy rytmiczne szybkie dzwonienie i gleboki bas bebna. przede mna siedzi anglojezyczna para, zagaduja czy jestem tu pierwszy raz. wszyscy jestesmy przejeci atmosfera, podnieceni oczekiwaniem. Maciek przyszedl i czuje to samo. siedzimy i czekamy. schodzi sie duzo turystow, prawie w ogole nie widac Tajow. mijaja minuty, Tajowie pojawiaja sie i gromadza w glebi sali. nie jest to duze miejsce, z kazdej pozycji dobrze widac ring i to co sie na nim dzieje. znajduja sie tu 3 dzialajace bary i 4 puste miejsca po tych, ktore splajtowaly. atmosfera stadionu Taphae zaczyna sie rozgrzewac, cisza przed walka pulsuje w rytm dzwonka i bebnow i faluje jak dzwiek hipnotyzujacej piszczalki..

Walka!
pierwsi zawodnicy powoduja serie piskow i niedowierzania - sa to chlopcy, dzieci w wieku okolo 8 lat. po walce dowiemy sie, ze dzieki takim dzieciom utrzymywane sa cale wieloosobowe rodziny. tacy zawodnicy to jednoczesnie duma rodu i zrodlo srodkow na zycie. mozemy postrzegac to jako niewolnictwo, mozemy tez widziec w tym inne cele.

druga runda, zostaly jeszcze trzy:
to co dzieje sie na ringu wywoluje niewatpliwie zadziwienie turystow z krajow, gdzie takie rzeczy nie wystepuja oraz silne emocje u rodzin chlopcow - ten ktory wygra zgarnie sume odpowiadajaca przynajmniej tygodniowi zycia rodziny. kazdy fragment walki to 2 minuty. u doroslych zawodnikow sa to 3 minuty. mali robia co moga, zeby wygrac. prawie caly czas probuja uderzyc.

kolejni walczacy sa co raz starsi i wieksi. da sie zauwazyc roznice w budowie ciala pomiedzy nimi, roznice charakteru takze. niektorzy patrza sie lekko szalonym wzrokiem, pozwalajac wsiaknac w siebie rownie szalonej muzyce, ktora towarzyszy temu wydarzeniu przez caly czas, utrzymujac w transie, pomagajacym nie czuc bolu i zmeczenia. inni widac, ze mysla o czyms innym, albo po prostu nie mysla, oddychajac szybko, przygotowujac cialo do spiecia.

rodowici Tajowie walcza Muay Thai:
kazda walka ma 5 rund, na ktore sklada sie kilka sparingow. atrakcja dzisiejszego wieczoru sa miedzy innymi 3 zawodnicy z zawiazanymi oczami, wpadajacy na siebie jak leci i bijacy siebie i co tylko sie dostanie pod noge lub reke - czyli takze rozesmianego sedziego. ich walka trwa tylko 2 rundy - i starczy.....

drugim wyjatkowym spotkaniem jest walka dwoch kobiet. Kanadyjka i Austriaczka wyraznie roznia sie od siebie. Kanadyjka jest szczupla i ma zwinne ruchy, Austriaczka ma niezwykle umiesnione rece i nogi ale ktorsze od tamtej drugiej. widze tez roznice w podejsciu do walki. pierwsza patrzy trzezwo, jest skupiona, nasluchuje choru swoich parunastu znajomych, ktorzy tu z nia przyjechali z klubu w Pai. druga jest od poczatku jakby odurzona, nieobecna, byc moze bardziej oswojona z ringiem na ktorym walczy, bo pochodzi z klubu w Chiang Mai. na poczatku walki tanczy tradycyjny taniec jak zahipnotyzowana, z oczami szeroko otwartymi i wzrokiem wbitym w przestrzen. niektorzy zawodnicy tanczac prosza o blogoslawienstwo i wyrazaja szacunek dla trenera, a jesli maja jeszcze na ciele przewiazane wstazki, to oznacza ze sa buddystami i angazuja w walke takze swoje wierzenia. taniec nie jest obowiazkiem, zalezy od wyznawanych idei.
walka dziewczyn jest zawzieta od poczatku do konca. widac, ze ich poziom nie jest taki jak poprzednich zawodnikow - na twarzach niektoych Tajow z widowni pojawia sie usmiech. nie mozna im jednak odmowic zaangazowania, a Kanadyjce niezlej techniki. Austriaczka nie uzywa prawie nog, co doprowadza ja do przegranej. kazdy ruch w walce jest punktowany, uderzenie nogami to wiecej punktow, cofniecie sie w strachu jest uznawane za porazke. to wielka sztuka - mimo zmeczenia, w ostatniej piatej rundzie utrzymac swoja punktacje. ludzie poswiecaja cale swoje zycie, kazdy swoj dzien po kolei, by walczyc. te dziewczyny zyja w Tajlandii, podporzadkowujac dni i godziny treningom. maja po 24 i 29 lat, robia to juz jakis czas. Muay Thai to nie przygoda, to dla nich sposob na zycie.

ostatnia walka rozgrywa sie pomiedzy Anglikiem i Tajem. jest niezwykla, pelna energii, cala sala szaleje i z kazdej strony sypia sie okrzyki zadziwienia i wzdychanie. Tajowie trenuja od poczatku zycia, niektorzy maja za soba ponad 200 walk. Anglik z pewnoscia nie ma tak wielkiego doswiadczenia w walce. mimo to widac, ze ma wyjatkowo celne i szybkie ruchy. walka to tez gra z emocjami - jeden udaje ze sie slania, potem smieje sie wykrzywiajac twarz w lekko szalonej minie, drugi musi to wytrzymac - inaczej peknie i przegra. wygrywa Taj, jednak nikt nie wiedzial jak wypadie podsumowanie punktow. ogloszenie wyniku przebiega szybko, potem nastepuje wreczenie pieniedzy, zgromadzonych z zakladow.
Po walce
gdy to spotkanie sie konczy, pozostawia po sobie uczucie nagle urwanego filmu, ktory wciagnal jak nigdy. na scene szybko wskakuja tancerze/tancerki w pieknych kolorowych strojach. dluzsza chwile jeszcze siedzimy, obserwujac to zjawisko. po chwili wychodzimy.

ostatni raz ogladam sie, by zrobic zdjecie wejscia na arene stadionu. na ringu jeszcze tanczy tancerka/tancerz, niektorzy turysci zostali robic zdjecia, szemrane typy zaczynaja sie wokol nich znaczaco krecic, a grupy wyglodnialych turystow ruszaja na miasto w poszukiwaniu otwartego sklepu z jedzeniem.
my lapiemy jakas ofoliowana bulke z malego calodobowego i uciekamy do domu, by odespac ten wieczor pelen emocji, ktory trwal nieprzerwanie od 20.30 wieczorem do 1.30 w nocy.

03.02.2009

czwartek, 5 lutego 2009

Pai + podrozowanie

Pai
Pai to, Pai tamto.... :) tyle juz slyszelismy o Pai zanim tu przyjechalismy, ze juz mielismy prawie ze gotowy obraz tego miejsca w naszych glowach. ze Pai to male mile miejsce gdzie mieszka duzo artystow, gdzie wystarczy przejsc 10 krokow i wszedzie na ulicach odbywa sie jam session, ze wszyscy tam jezdza i ze jest obok jakas duza jaskinia wodna. byc moze nie mielismy dosc weny by wybrac sie do tej jaskinii (po Niah na Borneo i Vang Vieng w Laosie jestem odurzona jaskiniami), tym bardziej ze byla ona 40km stamtad i dostepna na motorze ktorym nie jezdzimy, ale za to ja mialam silna potrzebe pomuzykowania wspolnie z tymi artystami, o ktorych mielismy sie potykac w Pai ;).

ale co to w ogole jest to Pai? jest to miejsce, do ktorego by sie dostac z Chiang Mai, trzeba wytrzymac 762 zakrety. przez zakret rozumiem tu Prawdziwy Ostry Zakret ktory pokonuje sie na 1 lub 2 biegu silnika pojazdu. gdy juz tam sie dotrze, widac pare ulic, atmosfera jest przyjazna, ludzie zwykle otwarci i swobodnie wchodzacy w kontakt. w ciagu dnia leniwe miejsce, w nocy zamienia sie w mile i muzykujace skupisko restauracyjek, barow i klubow z muzyka na zywo przeplatane jak warkocz ulicznym targiem. to takze wymarzona mekka grajacych na gitarze Tajow, dla ktorych ten instrument ma wyjatkowa magiczna wartosc. ale dla mnie Pai to przede wszystkim miejsce spotkan, gdzie nie ma problemu w zagadaniu do kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu. poznalismy tam przemilego mlodzienca z Toronto, Kagana, ktory zechcial sie nauczyc paru rodzajow prosb o ziemniaki w naszym jezyku (Maciek okazal sie niezwykle wymagajacym i skutecznym nauczycielem ;) oraz dalismy sie zaczepic Polakowi, ktory okazal sie adeptem Muay Thai w lokalnej szkole, a po blizszym poznaniu takze ekstremalnym podroznikiem i arcyciekawym czlowiekiem, ktory podarowal Mackowi upragniona ksiazke (na szczescie Cejrowskiego, czyli ciekawa!).

muzyki w Pai nie ma tak duzo, jak o niej slyszelismy, ale moge polecic bar The Sanctuary przy mostku i pobliskich pare innych, do ktorych mozna trafic kierujac sie sluchem. muzykowanie rozpoczyna sie o godzinie 9 wieczorem. postanowilam skusic los i pospiewalam ludowe polskie piesni chodzac po ulicach ale nikt sie nie dolaczyl ani nie zagadal. z tego wnioskuje ze niestety az tak rozowo w Pai nie jest ;). za to gdy juz sie usiadzie w ktoryms z tych muzycznych barow, mozna uslyszec na prawde fajne brzmienia, poczawszy od glebokiego dzwieku gitary akustycznej, przez autorskie piosenki i takie inspirowane wczesnym amerykanskim gospelem, flet poprzeczny, az po tajski zespol lekko zblazowanych i dajacych czadu bluesmanow, przy ktorych glowa sama zaczyna lekko sie kiwac.

blisko mostku spotkalismy pare drzew kompletnie bezlistnych, z ktorych spadaly wielkie zolte kwiaty. jakis romantyczny mlody Taj na bialym motorze (czytaj: rumaku) ulozyl z nich krotkie i tresciwe "I LOVE U" i czekal na swoja ukochana/ukochanego w cieniu bezlistnego lecz kwiecistego drzewa. a cien by sie na prawde przydal, bo Slonce swiecilo w Pai szczegolnie silnie. moze dlatego, ze to miasteczko/wioska jest na wysokosci 1095m n.p.m.? wrazenie upalu poteguje bezlitosna susza pory suchej. nie wytrzymalismy, odbilo nam i zaczelismy zataczac kola chodzac po rzece. a potem postanowilam zalozyc konto Google Analytics, ktore od tamtego dnia zlicza rozne ciekawe statystyki dotyczace odwiedzin na tym blogu i jestem zaskoczona tym co tam widze :) nie wiedzialam ze czyta mnie tyle osob z takich przeroznych miejsc na Swiecie! Serdecznie Was Wszystkich Pozdrawiam :))))

o Pai chcialam jeszcze napisac, ze jest tam duzo psow i samotne wycieczki noca nie sa przez niektore z nich mile widziane. nie widzialam tam pudelkow i stad mam watpliwosci czy byla to prawdziwa Tajlandia ;). spotkalismy wielu ludzi spoza Azji, mieszkajacych tam juz dluzszy czas. poza tym jest to miescina polozona w odleglosci 4-8km od wiosek gorskich grup etnicznych, do ktorych jednak postanowilismy sie nie wybierac, bo: 1. wszyscy jezdza do Pai z Chiang Mai (15 minibusow i chyba 7 autobusow dziennie!); 2. czytalismy i slyszelismy od podroznikow ze mozna tam zastac glownie turystyczne bazary. ale oczywiscie jesli ktos chce sprawdzic to droga wolna :). generalnie miejsce okazalo sie na tyle ciakwe, ze wg mnie warto bylo je odwiedzic.

Podrozowanie
chcialabym napisac jeszcze cos na temat podrozowania. ostatnio czulam stopniowo narastajacy brak satysfakcji ze sposobu w jaki podrozuje. z pewnoscia miala w tym udzial choroba ktora mnie powalila w Laosie (jedna i druga), ktora mnie unieruchomila i oslabila na tyle, ze nie moglam poznac prawdziwego Laosu (czyli wioch). mam takie uczucie, ze brakuje mi kontaktow z ludzmi tutaj, ktore wykraczalyby poza schemat turysta-organizator. chcialabym czegos, nie wiem czego dokladnie bo jeszcze tego nie doswiadczylam, ale na pewno jest to cos w rodzaju swobodnej relacji pelnej autentycznej checi poznania, poza pieniedzmi (czyli turystyka). zaczely mnie nudzic obiekty turystyczne, budynki.. a tak na prawde po prostu mam dosyc myslenia typu "to co tutaj moge zobaczyc?" w kazdym kolejnym miejscu w ktorym sie zjawiam i do ktorego sie udaje. nie szukam juz atrakcji, bo mnie nie zaspokoja. jedyna rzecz tego rodzaju, z jakiej sie ciesze, to 33. Flower Festival ktory sie bedzie przetaczal ulicami Chiang Mai przez najblizsze 3 dni, poniewaz kocham piekno kwiatow i ich sliczne naturalne glebokie zapachy. chcialabym moc sie dzielic czyms wiecej niz pieniedzmi, ktore tu wydaje.. chcialabym moc tez miec dostep do czegos wiecej niz to, co za nie dostaje. czuje, ze otworzyl sie we mnie i tej podrozy jakis nowy rozdzial.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Chiang Mai

niedzielny targ uliczny w Chiang Mai

cos niesamowitego! mimo choroby, ktorej nabawilam sie w Laosie, przebywalismy odmety targu niedzielnego w Chiang Mai przez ponad 4 godziny.. i nie dlatego, ze skonczyla sie ulica z targiem, tylko z powodu naszego zmeczenia :)

zjawisko samo w sobie, cud natury w wykonaniu czlowieka, przezycie ktore wciaga jak wir z kolorowych farb, rzeka polujacych na cudenka ludzi, ogrod wyrobow artystycznych, mekka dla spragnionych ulicznych masazy tajskich za grosze, las pelen zwierzyny w postaci okazji za grosze, galeria niewidomych ulicznych grajkow i autentyczna wystawa osobliwosci - ubiory dla pudelkow inspirowane ludowymi strojami pobliskich plemion powalily nas na kolana..

stalo sie chyba oczywiste, ze tego nie mozna opisac. zrobilismy pare filmikow i troche zdjec:

jeszcze jest jasno i zbliza sie zmierzch. dzikie tlumy wyruszyly na lowy - tanie zarcie czeka, pachnie i paruje na ulicach Chiang Mai. Tajki szybko zbieraja zamowienia.
juz po zmierzchu. rodzinny interes - szklane zabaweczki i kolczyki. po tym jak spytalam pania czy moge zrobic zdjecie, ona wdziecznie wywalila jezyk gdy je robilam :D. jej maz siedzi obok, wiecznie skupiony na swojej dochodowej pracy. istne cudenka czekaja na sprzedaz wokol nich. Zuziu, siostro moja, ten pan zrobil dla Ciebie szklanego delfinka! :)
z powodu ciaglego szukania sie nawzajem (wieczna roznica w tempie poruszania sie - moje wolne a Macka szybkie) postanowilam poczynic Mackowi ukradkiem prezent i kupic mu Punie (tak ma na imie Jego papuga :). dzieki Puni zawsze moglam go szybko znalezc w tlumie a On byl szczesliwy jak dziecko!
wracamy do glodomorow - w kolejnym zaulku widac kolejne stoiska z jedzeniem, tym razem jest to sushi za grosze (o,50PLN pyszna sztuka).
pare metrow wczesniej widac bylo stoisko z wlasnie gotowanymi kulkami miesnymi.
przyjrzyjcie sie dokladnie! to za 13BHT (czyli 1,30PLN) to muszle nadziewane miesem. wokol lezy i czeka na zjedzenie sushi, szpinakowe a' la pierozki, parowki w ciescie.... 3 za zlotowke.
Tajowie i turysci mieszaja sie przy stolikach jak skladniki w goracej zupie.
i wyczekiwany pudelek!!!!!!!!!! bez pudelkow nie ma Tajlandii! nie widziales pudelka - nie widziales prawdziwej Tajlandii! pudelki sa wszedzie, zawsze i wiecznie slodziutkie, tak, ze oboje z Mackiem stalismy zahipnotyzowani jego widokiem przez nie wiem ile czasu - czas przestal miec znaczenie.. ach, zeby nie bylo, tym razem pudelek sluzy jako element stoiska z ubiorami dla pudelkow. nie uwierzycie jak intensywne jest doswiadczenie spotkania pudelka. stoisz obok i nie chcesz odejsc, gdy ON patrzy tymi swoimi oczkami....... wiem, mozna zwariowac :D
odwracam oczy i widze znowu wzburzone brzegi ulicy, targowisko wre jak spieniona woda!
wrocilismy do domu przed polnoca, zostawiajac te wszystkie cuda, nasyceni, oszolomieni, zmeczeni i szczesliwi..

a teraz:
krotka wycieczka po starym Chiang Mai

a kuku! :) lusterka na oltarzu w najstarszej swiatyni Wat Chiang Man z 1296 roku oferuja mozliwosc zrobienia fotki. oto ja, skupiona na foceniu a za mna prawdziwy demon wytrzeszcza oczy swe! na murku stoi zloty, ofoliowany Budda.
ktoz odwazyl sie spojrzec w oko Smoka....? bojcie sie demony...... to on puilnuje wejscia do tej swiatyni!
Wat, kwiatki i niebo nad nami..
i na zakonczenie.... pudelki tajskie. obok wizerunku krola jest to druga najczesciej spotykana rzecz w tym kraju. ten pudelek spokojnie wypoczywa na tekturze przy sklepie rybnym.
a ten sie zgubil. 1000PLN za odnalezienie!!!! tylko kto bedzie w stanie odroznic tego pudelka od innych paru tysiecy w tym miescie...? pewnie dlatego nagroda jest tak wysoka! :)

pudelki, kozice i Macki serdecznie pozdrawiaja z Chiang Mai!
zaraz wybieramy sie (we dwojke, zeby nie bylo) na Muay Thai, czyli walenie nogami po gebach. jestem ciekawa czy tym razem tez uslyszymy transujaca piszczalke w tle walki, tak jak zwykle slychac ja w telewizyjnych transmisjach walk.

jutro prawdopodobnie udajemy sie do Pai.

i jak Wam sie Tajlandia podoba? :) bo mi bardzo!