wtorek, 17 marca 2009

szpital w Nakhon Si Thammarat

ostatni tydzien bylo na blogu glucho. to dlatego, ze w szpitalu w Nakhon Si Thammarat nie bylo kafejki internetowej. komentarze i maile do rodziny pisalam dzieki uprzejmosci pielegniarek, z ich komputera.

przyjechalismy do miasta i Maciek juz sie srednio czul. po tym jak wzrosla mu wysoko goraczka postanowilismy pojechac do szpitala. na miejscu Maciek postanowil zostac na obserwacji, mimo ze lekarz stwierdzil wstepnie grype (azjatycka). zostalismy i z dnia na dzien stawalo sie jasne ze to nie grypa, tylko denga. niestety na sam koniec naszej podrozy Maciek mial tego pecha i zachorowal na te paskudna chorobe. to wydarzenie wyjelo nas z zycia na rowny tydzien.

o samej chorobie nie bede sie rozpisywac, o dendze mozecie poczytac w Internecie (najlepiej na stronach medycznych a nie listach dyskusyjnych turystow). w skrocie jest to choroba, ktora sprowadza sie glownie do: bardzo wysokiej temperatury ktora nie chce schodzic po lekach, zawrotow glowy, bolu miesni, oslabienia, a nastepnie silnych mdlosci, braku apetytu, rozrzedzenia krwi ponizej normy i wysypki - to ogolnie.

przez tydzien Maciek chorowal a ja sie nim opiekowalam. w pierwszych dniach nie mialam okazji by zobaczyc miasto, a po paru dniach juz go nie chcialam widziec.
do dyspozycji mielismy pokoj z klimatyzacja, telewizorem (z jednym anglojezycznym kanalem), lazienka, lodowka i kanapa, na ktorej spalam:
oto widok z balkonu na miasto Nakhon Si Thammarat:
sam szpital (Nakharin Hospital) jest bardzo czysty a obsluga niezwykle uczynna i mila. miasto - moja krotka impresja - jest ciekawe i warte by je zobaczyc i w nim chwile pobyc. ludzie uprzejmi, uczynni, usmiechajacy sie. w okolicy jest tez park narodowy do ktorego chcialabym kiedys wrocic, by wspiec sie na gore ktora ma prawie 2000m i przez ten tydzien widzialam ze byla glownie pokryta chmurami.
nie byl to prosty czas. nikt nie mowil ze nic sie zlego nie stanie - wiadomo ze na denge nie bylo szczepionki gdy wjezdzalismy (obecnie ponoc cos wykonbinowano) i wiadomo tez ze nie tak trudno ja zlapac w tym rejonie. to byl po prostu pech. Maciek uwazal na komary - moze nawet bardziej niz ja - smarowal sie silnym repelentem.. ale nigdy nie wiadomo ktory to komar i nigdy nie mozna byc pewnym czy nie ukluje mimo odstraszacza na skorze i wiatraka w pokoju. takie ryzyko jest wliczone w podroz. zgodzilismy sie na nie wylatujac z Polski. teraz Maciek twierdzi, ze gdyby wiedzial co go czeka, to by nie pojechal. to prawda ze byl to bardzo ciezki czas.
na mnie cala ta sytuacja zadzialala na rozne sposoby ale pod wzgledem podrozowania stala sie ona jak nagle wlaczony reczny hamulec w rozpedzonym pociagu. zostaly mi 2 dni na rozpedzenie sie znowu w Bangkoku. juz zaczelam to robic - pudelki mi jak widac sprzyjaja :)
z Nakhon do Bangkoku polecielismy samolotem z Nok Air, dosc tanio (240PLN) i szybko (1h10min). po takiej chorobie nie ma co sie taszczyc pociagami/autokarami parenascie godzin. z lotniska do centrum Bangkoku jechalismy 1,5h, czyli dluzej niz trwal lot. kiedys moja babcia T powiedziala mi, ze jechala do Plonska z Warszawy krocej niz od siebie z domu na dworzec. jak widac, duze miasta maja podobne wady ;).
zobaczymy sie juz niedlugo - mamy samolot do Warszawy przez Zurich juz 19 marca w nocy czasu tajskiego, a w domu bedziemy 20 marca rano czasu polskiego. przerazajaco wyraznie widze jak moja podroz dobiega konca i mimo ze chcialabym Was zobaczyc w Polsce, to jest mi smutno ze juz wracam, bo pokochalam podrozowanie bardziej niz kiedykolwiek. Azja Pd-Wsch jest miejscem ktore odbieram jako ciekawe i warte dotkniecia. tak jak do Indii raczej nie zamierzam wracac, tak tutaj wrocic chce.
byc moze przez te 4 miesiace zdazylam kogos zarazic moim entuzjazmem i zachwytem. wlasciwie jestem pewna, ze tak sie stalo :). jesli tak, to chetnie pojade jeszcze raz z tymi osobami ;)).
na koniec napisze jeszcze, zeby nikt sie nie niepokoil o Macka, ze zostal wypuszczony przez lekarza ze szpitala bez zadnych zastrzezen. dostal jeszcze jakies leki. chodzi, je, czuje sie w miare dobrze. wazne zeby sie nie przeciazal. gestosc krwi juz wraca mu do normy albo juz ja osiagnela. jesli chodzi o mnie, to czuje sie zmeczona i tak jak napisalam - wyhamowana - ale mam jeszcze te 2 dni i zamierzam je wyssac do szpiku!!! :D

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Moja Mila,
rozpedzaj ostroznie i wracajcie do nas bezpiecznie:).
Zima postanowila na Was poczekac:)
W piątek ma padac snieg....to juz pol roku jak popaduje i popadywa...
cmok i scisk
iwakoz & Co

kozica! pisze...

juhuuuuuuuu!!!!!!!!!!!!

grzegorz pisze...

orkiestra na lotnisku ? :) bum-bum-bum (wiejska kapela ludowa) :) wracajcie bezpiecznie.:)

Anonimowy pisze...

:-)
naprawdę niedługo będziecie z powrotem, a już się człowiek zdążył przyzwyczaić, że ma swych ludzi w Indochinach... Ech... Wszystko się zmienia :)
Pomyślnych wiatrów, dziewczyno i chłopaku!
/ T.

kozica! pisze...

dzieki Wszystkim za kciuki i inne pomysly ;) chyba zlapalam wiatr w zagle w BKK bo juz jest lepiej i czuje sie pozytywnie :)

poza tym mamy nadzieje spotkac sie jutro z huevos cocodrilo ! na odchodnym spotkalismy jeszcze jednego Polaka z Warszawy, czuje sie swojsko ;)))