wtorek, 24 lutego 2009

Hua Hin

Hua Hin! hura hura! hip hip! nie no bez przesady... ;)

Hua Hin to resort plazowy na wschodnim wybrzezu Tajlandii. samochodem jedzie sie tu z Bangkoku 2 godziny. my przyjechalismy tu z Pak Chong pociagiem osobowym za grosze. caly dzien jazdy wyniosl kazdego z nas 12PLN. w pociagach ostatniej klasy (trzeciej) sluchalismy stukotu o tory w akompaniamencie nawolywan sprzedawczykow roznej masci. niestety w wiekszosci sprzedawane bylo mieso. przejscia w pociagu sa waskie, trzeba sie przepychac przez sprzedawcow z koszami, ale za to mozna doswiadczyc prawdziwej Tajlandii i siedziec wsrod Tajow, a nie turystow.

co by tu napisac o Hua Hin? prawie nie ma tu Tajlandii, mimo ze to jeden z najbardziej znanych kurortow tajskich. widzialam co prawda pare pudelkow (konkretnie 4) ale tak jakby spojrzec na wszystko z zewnatrz, to moje przyzwyczajone do Azji oko widzi tu niesamowite ilosci europejskiej jakosci. miejsce to jest tez odwiedzane przez rzesze starszych ludzi (po szescdziesiatce), czesto sa to samotni panowie z mlodymi Tajkami (ktorzy czasami siadaja tym biednym malym Tajkom na kolanach w barach pod czerwona latarnia, a wezcie pod uwage ze zwykle ci panowie sa dosc oblesni i grubi!).

charakterystyczna cecha Hua Hin jest kuchnia pelna owocow morza. grillowane kalmary na patykach chodza tu po 3PLN. w sklepach sa zachodnie wina, ulice sa az pstrokate od stoisk krawcow a'la Armani. Slonce parzy z nieba, bialasy sie smaza na brazowo a Tajowie wykupuja ze sklepow wybielajace kremiki. paranoja ;)


a oto widok na ogromny hotel, w ktorym noc kosztuje ponad 1000PLN. my mielismy nocleg za 35PLN/pokoj (bez lazienki, najtansza opcja w miescie a i tak sporo) w Pattana Guesthome, w ktorym obsluga Tajska jest bardzo mila ale wlasciciel z Europy juz niestety obcesowy. tak czy siak wyglad tego miejsca jest sliczny, stare tekowe domy czaruja.
ponizej, jak widac, przeladunek sea food, czyli morskiego jedzenia. wyglada to z bliska raczej jak szara breja, panowie wdziecznie miazdza to kaloszami i wrzucaja brudnymi lopatami na plastikowe palety. mam nadzieje ze kucharz to dobrze wysmazy ;)

plaza w Hua Hin jest czysta, piasek jasny. czasami w plytkich basenikach wody odcietej od morza widac ogromne martwe meduzy, szerokie na moje 2 rozlozone dlonie, ktore zapodzialy sie tu w trakcie odplywu.
po plazy kursuja regularnie zakapturzeni sprzedawcy tego i owego (o ceny lepiej nie pytac, w koncu musza zarobic w zamian za te meczarnie na patelni) oraz panowie na koniach i konikach do wynajecia. czesc plazy zagospodarowaly barki i restauracje. a prawie cale wybrzeze jest wykupione przez drogie hotele, do tego stopnia, ze siku mozna zrobic albo w morzu albo trzeba sie zsikac, bo do wyjscia czasem jest pare kilometrow! tak samo jest z wejsciem na plaze - w okolicach portu sa tylko dwa wejscia blisko siebie, potem przez przynajmniej 2,5 kilometra po lewej stronie jest ocean, a po prawej stronie murki i bramki hotelowe. hotele wynajmuja ochroniarzy ktorzy stanowczo odmawiaja przejscia. dlatego albo trzeba wchodzic i o nic sie nie pytac (np. o to czy mozna przejsc) albo trzeba ryzykowac dlugi spacer w ostrym sloncu z nadzieja na koniec zabudowan przybrzeznych....
co do ostrego slonca..... ten mis tez postanowil sie poopalac, w koncu jest taki bialy...... zaloze sie ze lezy tam niedlugo, bo po godzince bylby juz caly czerwony!
100 dni podrozy
za nami 100 dni, dzisiaj 101. podsumowujac, zrobilismy duzo kilometrow, poznalismy paru bardzo fajnych ludzi, widzielismy przerozne srodowiska. osobiscie jestem zadowolona i juz mam co rekomendowac innym chetnym :). i jeszcze raz napisze: wystarczy chciec!!!

a w nagrode dla wytrwalych i nadal zaciekawionych naszymi losami Czytelnikow i Komentatorow, przygotowalam specjalnie sticky rice mango czyli boski przysmak skladajacy sie z lepkiego ryzu polanego mleczkiem kokosowym z chrupkim dodatkiem posypki, a obok swiezutenkie, dopiero co obrane, dojrzale mango, rozplywajace sie w ustach! smacznego!

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Dostałam ślinotoku, naprawdę.

Takie meduzy pamiętam jeszcze z dzieciństwa z trójmiejskich plaż. Gdy się spacerowało zimnym i pochmurnym rankiem po sztormie, piasek przy linii wody usiany był galaretowatymi plackami z różowym szlaczkiem. A potem znikły i dotąd meduzy w Bałtyku nie widziałam. Ciekawe, z czego to wynika.
P.

Anonimowy pisze...

Hej,
w naszej porzuconej Karwii, o wodach w miare czystych i sztandarowym stwierdzeniu:
"o Karwia, jak tu pieknie!"; zdarzaly sie meduzy, gdy byl przyplyw cieplej wody (czyli +20). Niestety znane temu miejscu nagle obroty wody z glebi na wierzch (czyli nagle +13):) mrozily wszystkich i meduzy tez.

100 dni...hm... prawie 1/3 roku i jeszcze malo...hm...:)
pozdrawiam
iwakoz

grzegorz pisze...

Hm ale słodkie.. :) Ale jak na studniówkę..... A co do picia?????

kozica! pisze...

do picia woda sterylizowana naswietlana ultrafioletem, bez mineralow. to standard, niestety. z herbat maja tu tylko Lipton (czyli nie herbate a scierwo) a kawy maja tak mocne ze ich nie daje rady pic, szczegolnie gdy jest ponad 30 stopni! coz, zawsze mozna zamowic owocowy shake ale najpierw trzeba sie upewnic czy lod jest z wody pitnej ;)