sobota, 27 grudnia 2008

Delta Mekongu w Wietnamie

na 2 dni wyskoczylismy na poludniowy kraniec Wietnamu, by zkosztowac delty Mekongu. wybralismy opcje zorganizowanej wycieczki zamiast plecakowego zwiedzania na wlasna reke i oplacilo nam sie, bo za te 2 dni, razem z noclegiem i niektorymi daniami, kazde z nas zaplacilo 19USD.

pierwszego dnia znalezlismy sie mniedzy innymi w malej lodce na kanalach, gdzie wokol nas gesto rosly palmy, a na brzegach widac bylo norki ryb dwudysznych i je same, kicajace jak zajaczki po mulistym piachu wybrzeza. najprzyjemniejsza dla mnie byla chwla, gdy prosto z takiej waskiej lodki weszlismy na teren wytworni cukierkow z kokosa.. cieply zapach gestego, gotowanego mleka kokosowego... istny raj, szczegolnie ze zapach poczulam znienacka! musze Wam powiedziec, ze cukierki kokosowe sa przepyszne, przywioze Wam troche jesli znajde w Bangkoku przed odlotem. mozecie znalezc wiele wersji smakowych (domieszek), np. z sezamem (mm, chrupkie!), z imbirem (mm, ostre!), z aloesem (wow, zielone, pyszne!) i z durianem (o, czemu kazdy odwraca ode mnie nos jak mowie? ;) bleee!). posluchalismy tez paru krotkich piosenek wietnamskich. zauwazylam ze Wietnamczycy spiewaja bardzo odmiennie od nas. uzywaja jakby przegrody nosowej do rezonowania. czasami brzmi to jak zakatarzony Europejczyk ale jest jeszczebardziej skzekliwe! jest jednak cos, co mi sie bardzo podoba w tym spiewie. melodie nawet wspolczesnych piosenek sa czesto niesamowicie skomplikowane, a z instrumentami brzmi t jak prawdziwa kakofonia!.. a mimo to nadal znajduje w tym cos, co mi se podoba. nie wiem do konca co to jest, ale ich spiew jest urzekajacy.

drugiego dnia, czyli dzisiaj, odwiedzilismy targ wodny na delcie Mekongu. szeroka odnoga tej rzeki pozwala na pomieszczenie wielu, wielu lodzi i lodek jednoczesnie. targ zaczyna sie o 4 nad ranem i trwa do wczesnego popoludia. zasada jest prosta: jesli cos chcesz, to czekasz i to do Ciebie podplywa albo sam sie po to fatygujesz, podplywajac to lodki z tym czyms ponabijanym na pionowo umieszczony badyl (na znak ze to jest tu sprzedawane). ludzie sa przyjazni i pochlonieci swoja praca na targu. mimo wysilku pracy znajduja chwile by spojrzec ci w oczy i czasem sie usmiechnac. czesto widzialam cale rodziny na lodkach - nie wiem czy tam mieszkali, czy wybrali sie na targ razem. w kazdym razie na lodce bylo wywieszone pranie, a w srodku jakby sprzety kuchenne :). na targu uraczylismy sie swiezutenkim, obieranym artystycznie na naszych oczach, ananasem. byl pyszny, slodki, soczysty i ciekl mi po brodzie, czego zwykle nie znosze, ale tym razem poswiecilam sie w imie wyzszej przyjemnosci ;).

widzielismy tez targ rybny, na ktorym mnostwo tych malych stworzen dogorywalo, duszac sie, rzucajac w plytkiej wodzie w miskach albo przezywajac obciecie ogona na zywca. generalnie bylo mi przykro gdy na to patrzylam, ale wiecie, takie rzeczy dzieja sie wlasciwie z KAZDYM zwierzeciem, ktore je czlowiek (a czesto cierpia jeszcze bardziej, np. w ciezarowkach przez parenascie godzin na piekacym sloncu i w scisku!). z tego powodu jem rzadko mieso, a Maciek nie je w ogole. dodam jeszcze, ze kazde zwierze je pasze i pryka (np. miliony krow w USA na farmach) i 1) tereny lesiste (w tym lasy deszczowe) sa wycnane pod pola, na ktorych choduje sie rosliny na pasze, co zwieksza efekt cieplarniany; 2) ich prykanie zwieksza ilosc metanu w atmosferze, co zwieksza efekt cieplarniany. przemyslcie to prosze, zanim zjecie kawalek jakiejs swinki (dzis widzialam, sa slodkie ;), krowki lub kurki. kazdy kawalek ma znaczenie. (zeby nie bylo, nie mowie zeby nie jest w ogole miesa ale zeby sie zastanowic nad tym, na spokojnie).

poza targami widzielismy dzis wytwornie kluskow z maki ryzowej (50% ryzowej + 50% tapioki). dowiedzialam sie, ze luski nasion ryzu, po poprazeniu w piecu, stosuje sie jako nawoz.

i co, delta Mekongu okazala sie bardzo ladna, cokolwiek to oznacza :). oznacza to wlasciwie, ze mi sie podobala, co Wam mowi niezbyt wiele ;). generalnie trzeba tu przyjechac, zeby to zobaczyc. :D

to, co zapamietalam szczegolnie z tego 2dniowego wyjazdu, to smak cukierkow kokosowych (konsystencja prawie jak nasza krowka ciagutka), zdychajace ryby, cieply zapach gestego kokosa, pare spojrzen wietnamczykow, rozowy kolor swinek w wytworni kluchow, para wodna ulatujaca z swiezego kluchowatego cienkiego placka (tez w tej wytworni) oraz zabawnego, choc nie do konca profesjonalnego, przewodnika.

fotki potem :)

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Witajcie,
ciesze sie, ze sie cieszycie i zdrowie dopisuje:)
OBY TAK DALEJ!
ale z tym efektem cieplarnianym ...
to troche przesadzilas:)))
caluje
iwakoz

kozica! pisze...

wlasnie nie przesadzilam

Paulina pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=xvkTavVteaw

A muzykę jakąś (niekoniecznie najnowszą/ może lepiej tradycyjną;) przywieziecie?

kozica! pisze...

Paulina, ja jako wielbicielka muzy lokalnej i wiejskiej robie wszystko zeby z kazdego miejsca przywiezc chociaz 1 cd pelne brzmien ktore sa starsze od nas :)) wiec spoko, muza bedzie :)